To nie był smród, który czuje się nosem. To był smród, który wchodził do płuc, osiadał na języku i smakował jak stare monety pomieszane z zgnilizną.
Kiedy zbliżyłem światło latarki, zrozumiałem, że to nie welur. To były tysiące, miliony małych, splecionych ze sobą stworzeń. Wyglądały jak żywa, pulsująca tkanka, konglomerat nóżek, czułków i czegoś, co przypominało usta.
(więcej o smrodzie, fakturze i dźwiękach)
Cofnąłem się, potykając o własne nogi. Ale one nie uciekały. One czekały.
Oto długi, mroczny szkic literacki oparty na temacie „OBRZYDLIWY”, eksplorujący tematykę rozkładu, moralnej zgnilizny i fizycznego wstrętu. Cień pod Podłogą
Z sufitu zaczęła kapać gęsta, ciemna ciecz. Pachniała słodko i mdło, jak przejrzałe owoce połączone z czymś, co dawno umarło. Plama na suficie rosła, przybierając kształty przypominające twarze – wykrzywione, niemające oczu, patrzące prosto na mnie.